20 marca 2016

Meksyk 2016, 

czyli podwodny świat Majów i Punta Allen – półwysep na końcu świata


 

Jadąc do Meksyku pierwszy raz w styczniu 2015 roku nawet nie myśleliśmy o tym, że w przeciągu 13 kolejnych miesięcy wrócimy tu aż dwukrotnie, i że ta niepozorna wyprawa jakich wiele, tak odmieni naszą nurkową ścieżkę szkolenia.Co nas tak  zachwyciło w Meksyku?

 

   Nurkowanie w Cenotach

 


Nadwodnie stanowczo wolimy Kubę, z jej roztańczonymi ulicami, tym jeszcze cudownym specyficznym klimatem zatrzymanego czasu, starymi samochodami, wszechobecną salsą i kultem El Comendante. Podwodnie jednak, szczególnie dla pasjonatów cavern i jaskiń, nic nie może się równać z Meksykiem, a dokładnie z Jukatanem - jego rozległymi systemami podwodnych rzek, to właśnie one przyciągają tu setki nurków.

Cenote [seˈnoˌte], z języka maya dzonot – to wapienne studnie, ot zwykłe dziury w ziemi, rozsiane po całym Jukatanie. Czy aby na pewno zwykłe?

Cenoty są wrotami do niesamowitego podwodnego świata, pełnego niezwykłych formacji powstałych podczas ostatniego zlodowacenia, kiedy to znacznie niższy poziom morza pozwolił na drążenie wapiennej skały przez kwaśnie deszcze, tworząc niesamowite systemy tuneli pełnych cudownych naciekowych form – stalaktytów, stalagmitów, stalagnatów. Po ociepleniu zostały one wtórnie zalane przez wodę i trwają w tej formie aż do dziś, tworząc największe i najpiękniejsze  na świecie systemy jaskiń, o krystalicznie czystej wodzie, przecudownej grze świateł i ze wspaniałym zjawiskiem jakim jest haloklina. Wszystko to owiane jest dodatkowo pełną tajemniczości kulturą Majów, cenoty bowiem były dla nich miejscem szczególnym. Nie tylko stanowiły źródło wody pitnej (co zresztą nie zmieniło się do dziś), były także wrotami do tajemniczego świata. W języku Majów słowo dzonot oznaczało przepastny, głęboki. Majowie wierzyli, że stanowią one wejście do innego świata – Xibala. Stanowiły również połączenie świata żywych i umarłych, to w nich Majowie składali ofiary ze złota, srebra, zwierząt ale także z ludzi, wierzyli też że to właśnie cenoty zamieszkuje Chac – bóg wody, roślinności, deszczu i burzy.

 

Tak jak pisałam wcześniej pierwszy raz odwiedziliśmy Jukatan w styczniu 2015 roku, celem naszej podróży było Playa del Carmen no i oczywiście nurkowanie w cenotach. No i wpadliśmy jak śliwki w przysłowiowy kompot albo raczej jak nurek w cenot. Cudowne nurkowania cavernowe rozbudziły w nas marzenia o przestąpieniu magicznej tablicy  z napisem: „Please STOP unless cave trained”

 

 

Nurkowanie Meksyk

 

Wróciliśmy do Polski, i się zaczęło – zmiana konfiguracji na sidemount, szkolenie pod okiem perfekcyjnego do bólu Tomka Michury, miesiące ćwiczeń i już w listopadzie 2015 roku wracaliśmy do Meksyku na nasz kurs Full Cave pod czujnym okiem Krzyśka Starnawskiego i nasze pierwsze, samodzielne, cudowne jaskiniowe nurkowanie w niezwykłym cenocie Minotaruro. Jednak kurs szybko minął, wróciliśmy do Polski a cenoty nam się po nocach śniły. Pozostał niedosyt i chęć powrotu do tego podziemnego, podwodnego raju.

 

Długo nie czekaliśmy, już na początku grudnia ogarnięty był kolejny wyjazd na marzec 2016. Plan był prosty, nurków cavernowych oddajemy pod czujne oko naszej sprawdzonej już ekipy z Protec Playa a my sami, już jako nurkowie cave ruszamy na głębszą penetrację.

Postanowiliśmy nurkować w tych samych cenotach co nasza cavernowa grupa, żeby „mieć ich na oku”. Wszyscy  więc odwiedziliśmy Dos Ojos – Barbie Line i Bat Cave, The Pit, Casa Cenote, Chikin Ha, Pandersa (Gardin el Eden), Carwash (Actun Ha), Grand Cenote, Tajma Ha i Dremgate. Każdy z tych cenotów jest inny, i wyjątkowy i funduje niesamowite doznania zarówno nurkom odwiedzającym tylko część cavernową jak i część jaskiniową. O ile lina cavernowa zwykle jest tylko jedna w każdym cenocie i wszędzie można znaleźć o niej informacje,  o tyle możliwości jaskiniowe są tu niezmierzone. Można przebierać w wielu drogach, wykonać niezliczoną ilość jampów i gapów, trawersy, loopy. Jedyne co trzeba wiedzieć, to gdzie dokładnie zaczyna się lina jaskiniowa. Niestety często jest ona ukryta aby przypadkiem żaden nurek cavernowy nie trafił w te istne minotaurowe korytarze, w których bez odpowiedniej wiedzy i przeszkolenia trudno jest się wydostać.

Przy pomocy google maps łatwo jest namierzyć poszczególne cenoty, jednak do namierzenia liny jaskiniowej potrzebni są lokalni przewodnicy, którzy doskonale znają topografię jaskiń, potrafią z głowy naszkicować ich plany, ze wszystkimi istotnymi szczegółami. Co więcej zgodnie z obowiązującymi od 2016 roku przepisami nie we wszystkich cenotach jest możliwość zanurkowania, pomimo posiadania odpowiednich uprawnień, jeżeli nie ma się takiego miejscowego przewodnika. Dla nas takimi osobami podczas tego wyjazdu byli Toro i Jaime z Protec, którzy poza tym, że opiekowali się pod wodą naszą cavernową grupą byli dla nas kopalnią wiedzy i zawsze służyli bezinteresowną pomocą w ustaleniu wszystkich istotnych szczegółów.

O ile podczas kursu jaskiniowego w listopadzie naszym ulubionym cenotem był Minotauro o tyle podczas tego wyjazdu to Dreamgate stał się numerem 1. Kiedy grupa cavernowa pojechała na wycieczkę do Chichen Itza, my wróciliśmy tu na kolejny dzień nurkowy. Ciasne korytarze utworzone ze stalaktytów i stalagmitów stanowiły nie lada wyzwanie nawet dla chudego jak patyk Adama, jednak pokonywanie ich dawało nam mnóstwo radości. Wreszcie była możliwość a wręcz konieczność, zdjęcia butli i puszczania ich przodem, żeby pokonać kolejny odcinek.

 

Wspomniałam wcześniej o haloklinie – niesamowitym zjawisku mieszania się wody słodkiej ze słoną. W cenotach przy wyjątkowej przejrzystości wody jest ona wprost bajeczna. Zwykle występuje na głębokości 10-14m, i przechodząc przez nią mamy wrażenie jakbyśmy na chwile tracili ostrość, wszystko staje się mętne i niewyraźne, jednak wystarczy obniżyć się lub podnieść o kilkanaście centymetrów i woda znowu staje się krystalicznie przejrzysta. Kiedy płyniemy nad halokliną, w warstwie słodkiej wody, wygląda jakbyśmy unosili się nad taflą jeziora a kiedy wynurzamy się z warstwy o wodzie słonej, to tak jakbyśmy dochodzili do powierzchni, tyle że nad nami cały czas znajduje się woda. Płynąc jako pierwsi mamy doskonałą widoczność, jednak już druga i kolejne osoby w zespole widzą efekt pracy naszych płetw, które zahaczając o obie warstwy powodują, że woda traci przejrzystość i ciągnie się za nami jak nieco zmącony, ale niesamowicie piękny tren! Przechodzące przez haloklinę światło również daje niesamowite efekty, wyostrzając jeszcze granicę połączenia obu warstw.

 

Cenoty są naprawdę niezwykłe i jak dla mnie była miłość od pierwszego zanurzenia. Uważam, że każdy nurek choć raz powinien zanurzyć się w tej cudownie krystalicznej wodzie i móc spenetrować podwodne korytarze, zobaczyć niesamowitą grę świateł utworzoną przez promienie wpadającego do ich wnętrza światła słonecznego.

 

 

W tym roku nasz wyjazd poszedł też o krok do przodu - wynajęliśmy samochód! Po pierwsze po to żebyśmy mieli jak przetransportować nasz sprzęt oraz nas na nurkowiska (nasza grupa miała to w pakiecie nurkowym, my niestety nie) ale również żeby pozwiedzać. Każdego dnia po nurkowaniu całą grupą udawaliśmy się na przeróżne, przepiękne plaże rozrzucone wzdłuż wybrzeża pomiędzy Playa del Carmen a Tulum, tam relaksowaliśmy się i zjadaliśmy zasłużoną pyszną kolację.

Pierwszego dnia po przylocie odwiedziliśmy też Puerto Morelos, uroczą mała wioskę rybacką otoczoną przez namorzyny, przy której rozciąga się przepiękna rafa barierowa wchodząca w skład Great Mesoamerican Reef, która w 1999 roku została przekształcona  w National Marine Park – dzięki czemu jest ona w doskonałej kondycji. W planach było tylko plażowanie i relaks w oczekiwaniu na przylot 2 pozostałych członków zespołu ale jak zawsze poniosło nas do wody. Co prawda tylko na snorkowanie ale naprawdę było warto. Zaopatrzeni w pomarańczowe kapoczki, odpłynęliśmy łodzią jakieś 500m od brzegu gdzie zaczynała się rafa no i zaczął się szał -2h snorkowania, tysiące kolorowych rybek, żółwie, płaszczki, raye, nawet trafił się rekin – mały bo mały ale był.

Nie zabrakło też zwiedzania niesamowitych ruin w Tulum, Coba i Ek Balam gdzie wspinaliśmy się na piramidy i podziwialiśmy roztaczający się z nich widok.

Jednak hitem naszych nadwodnych przygód okazała się wycieczka do Punta Allen. Mam nadzieję, że firma wypożyczająca nam samochód nie przeczyta tego artykułu, bo wówczas żegnaj 1000 USD kaucji. Punta Allen leży na końcu półwyspu,  na terenie rezerwatu Sian Ka’an, to  maleńka wioska licząca 500 mieszkańców. Prąd zapewniany jest tu przez dwa generatory i dostępny tylko w określonych godzinach w ciągu dnia, są też ze dwa sklepy i parę restauracji serwujących tylko owoce morza. Wioska wygląda bardzo biednie, a żyje tylko z morza i turystów, którym uda się tu dotrzeć. A dotrzeć nie jest łatwo! Pomimo, że to jedynie 50 km drogi wzdłuż półwyspu za Tulum, pokonanie tego odcinka zajęło nam ponad 3h i to wcale nie ze względu na długie przystanki na sesje zdjęciowe cudownych roztaczających się wokół widoków. Wyjeżdżając ze strefy hotelowej Tulum, jeszcze przez parę kilometrów jest namiastka asfaltu, potem zaczyna się już droga szutrowa. Jakieś pierwsze 10 km jest nawet całkiem miłe, można pomykać z 90 km/h i wyprzedzać innych. Ale potem szczególnie po deszczach, a w tym roku deszcze w tych okolicach padały prawie codziennie od listopada, zaczyna się jakieś 40 km odcinek off-road, kałuże wielkości małych jezior, które pokonują jedynie wysoko zawieszone samochody terenowe, dołki, górki, kamienie i do tego znaki drogowe – uwaga iguany, uwaga węże, uwaga ptaki, uwaga oposy. Muszę przyznać, że po godzinie wszyscy powtarzaliśmy jak osioł ze Shreka: „ale daleko jeszcze, daleko jeszcze”, padały nawet głosy: „wracajmy, po cholerę my tam jedziemy”.  

Po drodze mijaliśmy namorzyny rezerwatu Sian Ka’an, w których kryły się krokodyle, jeden nawet postanowił zapozować nam do zdjęć. Na drodze polegiwały, wygrzewając się na słoneczku iguany. Czuliśmy się jakbyśmy byli na samym końcu świata gdzie cywilizacja dociera tylko sporadycznie. I nagle naszym oczom ukazała się tablica „Welcome to Punta Alen” i szok tu nic nie ma, otwarta jedna kawiarenka (kawiarenka to chyba za dużo powiedziane, ot budka z kawą) i dwie restauracje z jednym daniem do wyboru, jeden rodzaj piwa które się kończy – zostało może z 8 butelek. Nie zamówisz drinka z palemką, nie ma truskawkowej margarity, mojito. I po to jechaliśmy tyle godzin po tych bezdrożach, zgubiliśmy tablice rejestracyjna i niemiłosiernie nas wytrząsało? Od morza wieje, fale i wiatr nie pozwalają na beztroskie plażowanie i snorkling, który mieliśmy w planach. Koszmar! Nagle podchodzi do nas tubylec i proponuje wyprawę łodzią na teren rezerwatu, podglądanie ptaków, mają też ponoć być delfiny a na koniec snorkowanie na rafie. Skoro już tu dojechaliśmy, a uwierzcie nikt z nas nie miał zamiaru teraz wsiadać do samochodu i wracać te piekielne 50 km, może to być dobry sposób na zagospodarowanie czasu. Po krótkich negocjacjach cenowych i obiedzie wsiadamy na łódź. Od strony lądu woda jest spokojna,  mkniemy naszą łodzią z przesympatycznym przewodnikiem, przecinając jej taflę w kierunku małej wysepki, na której ponoć ma gniazdować orzeł (raczej rybołów ale miejscowi nazywają go orłem), potem kolejna wysepka pełna siedzących na drzewach pelikanów, fregat, czapli, są też gniazda warzęchy różowej, w których pary rodziców troskliwie opiekuje się młodymi. Podpływamy do nich na wyciągnięcie ręki. Nie boją się pozują nam pięknie do zdjęć. Już wiemy, że warto było pokonać ta męcząca drogę dla takich widoków. Potem ruszamy na delfiny – i one nas nie zawiodły, co prawda były nieco nieśmiałe ale i tak fajnie było obserwować je, w ich naturalnym środowisku. Na koniec jeszcze snorkowanie na rafie, tu ze względu na silny wiatr, fale i nie najlepszą widoczność, nie było łatwo, ale że woda była ciepła to fajnie było zakosztować i tej zabawy, szczególnie że mknięcie łodzią po nie małych falach to również świetna zabawa. Po 3h na łodzi czekał nas jeszcze nocny powrót przez piekielną drogę. Lekko nie było ale nasze Das Auto i Adam za jego kierownicą dali radę. Tym razem na drodze zamiast iguan stały wściekłe czaple lub przebiegały wystraszone kraby a kałuże jakby się odrobinę wchłonęły. Czy wrócimy na Punta Alen? Na 100% tak, bo pomimo wszystko, bardzo miło wspominamy tą wyprawę a trudy podróży rekompensują nam piękne zdjęcia i przeżycia.

Podczas każdej wyprawy do Meksyku odkrywamy cos nowego, tak było i teraz, dlatego tak bardzo nie możemy się doczekać kolejnego wyjazdu na początku 2017 roku. Co tym razem Meksyk nam pokaże, czym nas zaskoczy, co nowego odkryjemy? Zapraszamy zatem do Meksyku z ekipą nalofoty.pl, możemy zagwarantować, że będzie wesoło i odkrywczo!

 

Agata Isajew „Gagatek”

 

 

Nurkowanie w Meksyku - cenoty i zabytki

Ubezpieczenie nurkowe DAN

 

 

NURKOWANIE WARSZAWA

All rights reserved naLofoty.pl 2015 - 2017             

Projekt i wykonanie G@g@tek przy pomocy:  WebWave                                          

SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI

WYPRAWY NURKOWE 

 

DIVE & TRAVEL CENTER naLofoty.pl

 

ul. Daleka 6/66, Warszawa 02-020

 

Pola Vision Adam Borkowski

NIP: PL 118-082-76-28; Regon: 012333784; 

Wpis do ewid.: 46132 

Kalendarz

Szkolenia PADI

Freediving

Wyprawy

Galeria

Serwis

Sklep

Kontakt

 

nurkowanie

Zadzwoń do nas: 

+48 601 30 32 31

+48 606 49 96 38

nurkowanie Warszawa

Zadzwoń do nas: 

+48 601 30 32 31

+48 606 49 96 38

Nurkowanie Warszawa